Krajobraz widziany z sofy
Reportaż | 1 października, 2022
ŁĄCZĘ SŁOWA

Miałem być daleko, tam. Były załatwione algierskie wizy, były wykupione loty w głąb Sahary – do Tamanrasset, na samo południe, a stamtąd w góry Hoggar. Na jednej z przełęczy stoi tam pustelnia o nazwie Assekrem. Na początku XX wieku mieszkał w niej pewien francuski mnich, Charles de Foucauld. Miałem być tam. Ale to już w zasadzie nieistotne. Jestem tu.

(Opowiadanie zostało opublikowane pierwotnie w numerze 01/2020 magazynu Kontynenty)

Tam, do pustelni Charlesa de Foucauld, nie jedzie się po to, by poznać historię pustelnika, wejść do jego pokoju, przeczytać tablicę pamiątkową. Jedzie się po to, by wejść na niewielkie wzgórze tuż obok, usiąść i patrzeć. Długo, w ciszy, najlepiej o wschodzie lub zachodzie słońca, sycić oczy jednym z najpiękniejszych widoków na całej Saharze.

Ale jestem tu, w domu, w okolicznościach nie mniej osobliwych. Od kilku dni sam ze sobą – żona wyjechała daleko skryć się w bezpieczniejszym niż stolica miejscu. Miałem dojechać następnego dnia, ale zwlekam. Delektuję się każdą godziną spędzoną w samotności, każdą czynnością, każdym posiłkiem, każdym napisanym słowem. Pracuję z domu – w ogóle domatorem jestem, doceniam każdy powrót w jego progi, nawet gdy wyjdę do spożywczego naprzeciwko. Wreszcie skończyłem trzy teksty, które ciągnęły się za mną od tygodni, zrobiłem rzeczy, na które nigdy nie było czasu.

I tylko facebook i gmail podrzucają echa odbytych niegdyś dalekich podróży. Ze zdziwieniem odkrywam, że zorze polarne w Lemmenjoki w Finalndii, podziwiałem rok temu. Stojąc na środku skutego lodem jeziora, trzysta kilometrów za kołem podbiegunowym, byłem pewien, że kosmos do mnie mówił. I z tej perspektywy wszystko inne wydawało się zupełnie bez znaczenia. A dzień wcześniej były stada reniferów i pewien twardy Fin, który na pytanie ile zwierząt posiada odparł ostro: wystarczająco, tego pytania się tu nie zadaje, to niegrzeczne. Gmail tymczasem przypomina mi, że byłem w Kongo. 3 lata temu. Na telefonie widzę zdjęcia z przeprawy przez rzekę Ulindi, słyszę zgiełk panujący na brzegu, czuję nerwową atmosferę i nieco naszego lęku czy aby na pewno chybotliwa piroga dopłynie na drugi brzeg wartkiej rzeki. Sądzę, że ten wyjazd, no może niektóre jego dni, to jak dotąd najgłupsze co zrobiłem. Choć jednak dość dobre reportersko. Cholera, trzy lata temu. Albo Kenia. Też ponoć byłem, tak mówi facebook. 2 lata temu stałem nad brzegiem wysychającego stawu i przyglądałem się kobietom, które przyszły po wodę. Przypominane zdjęcia drażnią jakoś, przypominają, że od dłuższego czasu nie zrealizowałem nowych projektów.

Ale teraz siła wyższa. Lubię ją za tą wyższość. Na zewnątrz surrealna wręcz cisza. Cisza. To rzadkość w centrum Mokotowa. I pustka. Patrzę na ulicę, na której nie ma ani jednego człowieka. Nikogo. Dochodzę do wniosku, że wirus, jakkolwiek straszny w swej naturze, może być najbardziej metafizycznym doświadczeniem naszych lat. Zbliża nas bowiem do dwóch istot, od których zawsze staramy się uciec. Pierwsza z nich to w oczywisty sposób śmierć. Bardziej namacalna, obecna, nieustanie krążąca gdzieś dokoła. Śmierć zmaterializowana. Druga to my sami. Nagle jakoś skondensowani sami w sobie, ze samym sobą, tylko z sobą.

Domowa sceneria odzyskuje stare znaczenia, napełnia się zgubionymi myślami, skojarzeniami, dawnymi słowami.

Nie mam przed sobą widoku na góry Hoggar. Są za to góry książek, rozległe doliny dębowych podłóg, płaskowyż łóżka, wyżyny stołu i kuchennego blatu, urwiska białych ścian. Ciekawa to zbieranina wspomnień, emocji, przedmiotów. Maski z Bhutanu obok szafki ze śląskiej kopalni, niemiecka skrzynia na gruzińskim dywanie, stare łódzkie krzesła pod obrazami z Meksyku, stolik ze śmietnika obok kartek pocztowych z całego świata, wielki fikus, też ze śmietnika, przy nocnej lampce ze Szwecji. Albo kongijski bożek na starej szafie z Wielkopolski obok uzbeckiego dutaru. Siedząc na sofie, mam widok na cały świat. Ale nie o tym chcę Wam opowiedzieć. To będzie opowiastka o jednym z przedmiotów, pierwszym, który zawitał do tej niewielkiej, pięćdziesięciometrowej przestrzeni.

Chyba już kwitły kasztany. Ulica wypełniała się z każdym dniem gąbczastą, pulsującą zielenią, zaglądającą na balkony, pukającą w okna. Ta zieleń zmiękczała odgłosy przejeżdżających aut, tłumiła stukot damskich kozaków, łagodziła szczekanie psów. Wiosną ta ulica brzmi inaczej. Zimą, zwłaszcza taką bezśnieżną, wszystkie dźwięki są perfekcyjnie ostre, krystalicznie czyste i wysokie. Długo rezonują między wąskimi pierzejami kamienic, zanim ulecą ku niebu. Jak w sali koncertowej. Albo jak z cyfrowego odtwarzacza wysokiej klasy. Tak mi się wydaje. A wiosna to raczej płyta gramofonowa, ciepła i miękka, pełna przypadkowych niesfornych dźwięków. Albo stary szpulowiec, co kręci się trochę zbyt szybko. Albo klasyczne pianino.

Zerknąłem na ulicę. Odgrodzony szczelnymi plastikowymi oknami, które jeszcze czyniły tę scenę zupełnie cichą, pozbawioną dźwięku. Coś jak pantomima. Że też ktoś wymienił stare, skrzynkowe drewniane okna na to szatańskie PCV. Po drugiej stronie ulicy stała ciężarówka z napisem „przeprowadzki i opróżnianie mieszkań”. Kilku przysadzistych mężczyzn co pewien czas znikało w mroku bramy, a potem pojawiało się i niedbale wrzucało do auta resztki czyjegoś życia. W czeluści przyczepy leciały stare krzesła, fotele, półki, regały, meblościanki, szafki, obrazy, stoliki, dywany i Bóg wie, co jeszcze. Przez chwilę zastanawiałem się, co się dzieje z takimi osieroconymi przedmiotami. Dokonują żywota na wysypisku, czy może jednak znajdują nowego pana? Pogańskie plemiona słowiańskie miały w zwyczaju grzebać swych możnych zmarłych wraz z całym ich dobytkiem, czasami także z koniem i żoną. Przez tysiące lat. Tradycja chrześcijańska to w zasadzie ostatni krzyk mody. Grzebać lub palić. Tak, by popiół rozsypać później nad pustymi polami, nad zimnymi rzekami. Uwolniona od ciężkiego ciała, po 40 dniach wędrówki dusza ludzka przekraczała Rzekę Zapomnienia i dołączała do grona przodków.

Wynosili z trzeciego piętra, z mieszkania dokładnie naprzeciw mojego, na tej samej wysokości, okno w okno, balkon w balkon. Próbowałem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziałem kogoś w tych oknach. Czy ktoś przechadzał się tam wieczorami, może podlewał kwiaty na balkonie albo suszył pranie albo wietrzył pościel. Nie pamiętałem. Teraz panowie od przeprowadzek otwierali po kolei te wszystkie okna. Wpuszczali nowe, wiosenne, wynosili stare i zatęchłe.

Wyszedłem na balkon. A potem brzdęknęło. Jakimś ce albo ha czy innym gie. A może wszystkim naraz, w akcie ostatecznej desperacji, broniąc się przed wnętrzem ciężarówki, jak zwierzę, które czuje, że jedzie do ubojni. Panowie, jeden po drugim, zawtórowali wymyślnymi przekleństwami. Postawili na ziemi, rzucili kilka kurew i chujów i znów dźwignęli. Z bramy wyłaniało się sześciu chłopa taszcząc jakiś ogromny i najwidoczniej niemiłosiernie ciężki i nieporęczny przedmiot. Szli małymi krokami, napięci, wytężeni, czerwoni i spoceni. W istocie wyglądali trochę jak kondukt pogrzebowy, któremu przypadł niezwykle ciężki trup. Odstawiłem kubek i zbiegłem na dół.

- Co z tym robicie? – spytałem.

- Najchętniej to byśmy porąbali skurwiela tu na miejscu – odpowiedział herszt remontowej grupy, odpalając papierosa.

- Ile chcecie?

Herszt zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu.

- Tysiaka pan dajesz i twoje.

Nie miałem tysiaka. Machnąłem ręką, wróciłem do mieszkania i z okna obserwowałem ostatnie chwile przed egzekucją. Ale ta jakoś nie następowała, panowie zamiast tego poszli po inne przedmioty, wyrok w zawieszeniu. Niedługo potem schodziłem do spożywczaka, kątem oka spojrzałem na zmęczoną od roboty ekipę remontową.

- Panie! Cztery stówki i dobra butelka, stoi?

Każdy marokański kupiec byłby ze mnie dumny. Spojrzałem na nich, żal mi się ich zrobiło, nie wiedzieli, na co właśnie się zgodzili.

- Stoi. Na trzecie piętro wnieście.

Stanęło w pokoju. Czarne, błyszczące, prostopadłościenne. Wtedy nie miałem w mieszkaniu zbyt dużo przedmiotów. W zasadzie oprócz łóżka i kanapy była tylko ona – sześćdziesięcioletnia na oko Legnica. Dokoła same białe, wysokie, nieoswojone, ledwo co zamieszkane ściany. Zdominowała przestrzeń, zanim nawet otworzyłem klawiaturę. Legnica wypełniła całe mieszkanie dziwnym, ciężkim zapachem. Tak jak zwierzę, które znaczy teren. To była woń, którą znałem z mieszkań starszych osób. Zapach wiekowego drewna, zmatowiałej politury i lekkiej stęchlizny. Zapach starości. Nie dawał mi spokoju, wiercił nozdrza, nachalnie zmagał się z mieszkaniem, które choć stare, to po remoncie pachniało jeszcze farbą i lakierem do parkietu. Kolizja drugiej młodości z niedołężną, acz dostojną, starością. Nie mogłem się go pozbyć mimo otwartych okien, zapachowych ścierek i przeróżnych płynów do mycia. Dziwne myśli chodziły mi po głowie przez ten zapach. Myślałem sobie, że tak może pachnieć śmierć. Bo co, jeśli ten ktoś umarł właśnie przy Legnicy? Co, jeśli ostatnią rzeczą, którą dotknęły stygnące dłonie o przezroczystej pomarszczonej skórze były właśnie jej klawisze? Czarne? Czy białe? Tak się zastanawiałem. Ile tej nieznanej mi osoby jest w tym czarnym pudle? W jego wysuszonym drewnie, w jego napiętych strunach, w jego śliskich klawiszach? To pianino zresztą wygląda trochę jak sarkofag. Albo katafalk. Gdy w nocy szedłem do łazienki, obchodziłem je szerokim łukiem.

Nie pamiętam pierwszego dźwięku. Bardziej zastanawiało mnie, czy ono pamiętało ten ostatni? Czy był nim jakiś smutny mroczny mollowy akord z lewej części klawiatury, wibrujący grubymi basowymi sprężynami? Nieodwracalny, pełen ostateczności i goryczy. Może jednak radosny durowy, gdzieś lekko w prawo od środkowego ce? Dorosły, dojrzały, ale spełniony, pogodzony z życiem. I ze śmiercią. A może to był figlarny, świergoczący, wiosenny akord septymowy czterech nut gdzieś w dalekich prawych oktawach? Żartobliwy, dający nadzieję, zapraszający?

To co, teraz ja dogram swoje? Nieudacznie, pokracznie, grubymi, sztywnymi od dwudziestu pięciu lat wspinania paluchami. Nigdy nie grałem na żadnym instrumencie.

Oswajaliśmy się przez kilka dni. Trochę jak z nowym psem lub kotem. Patrzyliśmy na siebie, czasami któreś z nas wydało jakiś niezamierzony dźwięk. W końcu przystawiłem krzesło, otworzyłem klawiaturę. I zawahałem się.

Słońce wlewało się przez wysokie okna starej kamienicy i omiatało długimi cieniami krajobraz widziany z sofy.

Gruz w oczach